Na coś trzeba umrzeć

Słyszymy te słowa często, czasami nawet sami je wypowiadamy. Niestety padają one również z ust osób wykazujących pierwsze oznaki którejś z chorób dietozależnych. Tak naprawdę znaczą one zupełnie coś innego, niż się wydaje. Nie wierzycie? Zapytajcie osoby je wypowiadającej, dlaczego nie zażywa kokainy i heroiny. Narkotyki o wiele mocniej stymulują układ nerwowy, niż jakiś tam przesłodzony torcik ze sztucznym kremem. Gdybyśmy naprawdę myśleli kategoriami Na coś trzeba umrzeć, kierowalibyśmy się niczym nieskrępowanym hedonizmem, a przecież tak się nie dzieje.

na coś trzeba umrzećNa coś trzeba umrzeć mówi nam tak naprawdę: nie chcę się zmieniać. Powodów może być wiele. Może owszem, cukier i ciśnienie mi skacze, codziennie po jedzeniu coś mnie pobolewa, ale przecież nie ma jeszcze tragedii… Ktoś inny dla odmiany niby wie, że powinien coś zrobić, że jest nienajlepiej ze zdrowiem, ale może jeszcze nie teraz… Są jednak również osoby, które po prostu boją się tego, co może przynieść zmiana.

Stare powiedzenie mówi: Lepsze znane zło, niż nieznane dobro. To usilne tkwienie w nie zawsze dobrej, ale znanej sytuacji, nie jest niczym haniebnym. Tak po prostu działa nasz mózg, do tego został przez naturę zaprogramowany. Zmiana (czy to na lepsze, czy na gorsze), oznacza spory wydatek energetyczny. Mózg musi zmienić sam siebie. Musi zużyć duże ilości glukozy, wytworzyć nowe połączenia między neuronami, a potem te ścieżki wzmocnić, zużywając spore ilości cholesterolu. A przecież cała ta energia, która jest tak rzadka, może być przydatna w czasie walki o pierwsze miejsce w stadzie, albo w czasie ucieczki przed tygrysem szablozębnym… Moment, czekaj. Jak to rzadka? Jakiej walki? Jakiej ucieczki? Przecież mamy XXI wiek! Już dawno zabiliśmy wszystkie tygrysy szablozębne, a energii z jedzenia jest więcej, niż pod dostatkiem! Tak, ale mózg tego nie wie. On nie nadążył za ewolucją naszej kultury. Sterują nim te same programy, co w czasach zamierzchłych. Ten lęk przed zmianą to pozostałość tamtego okresu, jednak teraz ten strach robi nam więcej złego niż dobrego. Powstrzymuje nas przed dążeniem do tego, co dla nas dobre, chociaż jeszcze nieznane.

Na coś trzeba umrzeć znaczy również: wyobraziłem sobie pracę, którą muszę wykonać i się przeraziłem. To za dużo. Nie dam rady. Gdy słyszy to dietetyk od klienta, powodów może być kilka. Dietetyk mógł przedstawić w sposób nieodpowiedni to co czeka klienta, więc klient poczuł się przytłoczony. Często jednak jest na odwrót: dietetyk powiedział za mało, zostawiając umysłowi klienta pole do pracy. A mózg, jak już wiemy, wymyśla najgorsze scenariusze, bo tego został nauczony. Więc klient sobie dopowiedział wszystko co najgorsze, a kojarzące się z dietą. Może ma już negatywne doświadczenia w tym temacie?

Problemem jest w ogóle to, że myślimy w kategoriach diety, a więc jakiejś czasowo ograniczonej interwencji, wyrzeczeń, jedzenia trawy i wafli bez smaku. Statystki są jednak bezlitosne – diety nie działają. Działa wprowadzanie drobnych zmian na stałe, budowanie zdrowych nawyków w dłuższym okresie, uczenie się tego, jak dbać o swoje zdrowie. Jeśli myślimy kategoriami diety, a więc pomęczę się miesiąc, schudnę i wreszcie wbiję się w kieckę z wesela Moniki, na dłuższą metę stawiamy się na przegranej pozycji. Owszem, schudniemy, ale tylko na chwilę. Odkupimy to męczącymi wyrzeczeniami i wrócimy do punktu wyjścia, zniechęceni do wszystkich pomysłów na zdrowszy tryb życia. Jedynie strategia długofalowa, wprowadzanie niewielkich, łatwych do zastosowania, ale ważnych zmian, może przyniesie pozytywny skutek w postaci lepszego zdrowia i samopoczucia.

Konsekwencją tego będzie lepsza sylwetka.

Na coś trzeba umrzeć. Tego zwrotu nie nadużywają osoby cierpiące na poważne schorzenia. Gdy z powodu choroby mocno spada jakość życia, szczególnie pod jego koniec, nikt nie wyciera sobie ust tego typu zwrotami. Naukowcy już dawno zauważyli związek pomiędzy stylem życia i odżywiania, a zachorowalnością i umieralnością. Odpowiedni sposób odżywiania jest czymś, co możemy kontrolować.

Na coś trzeba umrzeć? Trzeba, ale po co robić rzeczy, które mogą przyspieszyć materializację tych słów?